Opowieść o mojej drodze

Opowieść o mojej drodze

Myślę więc jestem. To pierwsze kłamstwo, z którym zderzyłam się w wieku 26 lat na sali porodowej. Po kilkunastu godzinach rozmyślania i próbowania, postawiono mnie przed dylematem – rodzisz sama albo idziesz pod nóż. Ostatnią moją myślą było więc: odpuszczam myślenie. Zaczęłam intuicyjnie podążać za ciałem, za oddechem, za każdym jednym skurczem. Urodziłam. Każdy z moich dwóch porodów był dla mnie przełomem, a raczej otwarciem, pewnie tak jak dla wielu kobiet.

Po przyjściu na świat mojego pierwszego dziecka miałam sto pomysłów na godzinę. Zaczęłam pisać wtedy bloga i tworzyć pierwszy kurs online, kiedy to nie było jeszcze takie popularne. Potem napisałam swój pierwszy poradnik dla kobiet. Po urodzeniu drugiego dziecka napisałam kolejny na zlecenie fundacji. Postanowiłam, że nie wrócę już na etat do wydawnictwa i założyłam własną działalność gospodarczą. Zaczęłam sprzedawać swoje kursy i ukończyłam podyplomowe studia Life Coachingowe.

Myślałam wtedy, że załapałam Pana Boga za nogi. Miałam elastyczny czas pracy, mogłam pracować i być blisko dzieci. Uwierzyłam, że kobieta jest istotą wielozadaniową i niczym ośmiornica starałam się wszystko ogarniać. Radość z ze wspólnego bycia z dziećmi przeplatała się z ogromną frustracją. Myślałam sobie wtedy – nie narzekaj kiedy idziesz na szczyt, w końcu spełniasz swoje marzenie o zarabianiu online w temacie rozwoju kobiet. Czy mogło być lepiej?
To była wiosna 2013. Typowy dzień dzielony pomiędzy laptopa i pracę z klientkami przez Skype a zwożeniem dzieci z przedszkoli i robieniem w biegu zakupów. Powietrze pachniało słońcem i spalinami. Nieśpiesznie jechałam rowerem po dziecko, ciesząc się w duchu, że nie muszę go zostawiać na cały dzień. Właśnie zmieniałam mu buty w szatni, kiedy usłyszałam pewny siebie głos trzydziestoletniej właścicielki punktu przedszkolnego. „- Pani Syn ma.. „ i tu padła nazwa strasznej, nieuleczalnej choroby.

Zatkało mnie. Poczułam jak ziemia usuwa mi się spod nóg. Pamiętam, że poczułam pustkę, a za chwilę niedowierzanie i złość. O takich sprawach nie mówi się od tak, w przejściu do szatni. To nie możliwe. To nie prawda. Po chwili w głowie miałam zamęt galopujących myśli, w gardle beton a w brzuchu wzbierający płacz. Coś odbąknęłam, że nie wierzę i muszę to sprawdzić. Posadziłam dziecko na rower i czym prędzej odjechaliśmy.

W domu zaczęłam wertować Internet w poszukiwaniu informacji, objawów i metod leczenia. Przy okazji dowiedziałam się, że taką diagnozę może postawić tylko zespół złożony z kilku specjalistów, po wielu dniach badań. Pamiętam, że kotłowało mi się pytanie – dlaczego ja? Dlaczego ja musiałam trafić na taką osobę, która feruje wyroki prosto między oczy? Czułam ogromny, paraliżujący stres. Natychmiast postanowiliśmy z mężem sprawdzić wszystkie tropy. I zaczęło się, zaczęła się pielgrzymka po lekarzach.

Dla mnie to było jak droga przez mękę. Po tym, jak w wieku dwóch lat o mało nie umarłam w szpitalu na sepsę a potem w wieku dziewięciu lat na zapalenie otrzewnej, na widok lekarzy i wszelkich diagnostyków – robiło mi się słabo. Panowie i panie w białych fartuchach, panowie życia i śmierci. Decydenci oddzielający niczym ziarno od plew – normę od anomalii, zdrowie od choroby, szufladę abc od xyz. A jeśli ktoś jest pomiędzy, to co? To w którą szufladę go wsadzą?

W głowie kłębiły mi się setki pytań: Jak ja sobie poradzę, jeśli to jest jednak to? Jak poradzi sobie moje dziecko w życiu? Czy już na zawsze muszę rzucić pracę i zająć się dzieckiem? Jak ja to wszystko w ogóle udźwignę? Czy mam zgłaszać dziecka na orzeczenie o jego niepełnosprawności i mieć pieniądze z systemu na leczenie? A może nie pozwolić się zaszufladkować systemowi i finansować wszystkie terapie z własnych pieniędzy? A jeśli tak, to co będzie jeśli kiedyś nie będzie nas na to stać? Co wtedy?

Pamiętam, że zaraz po tej ‘diagnozie’, zdruzgotana na kawałki, siedziałam na kursie przygotowującym do międzynarodowej akredytacji coachingowej. Zastanawiałam się czy podejść do egzaminu, czy sobie darować i dodatkowo się nie stresować. Mogłam dołączyć do koleżanki, która zrezygnowała. A jednak wyłączyłam zamartwiającą się głowę, otworzyłam się na swoją intuicję i zdałam.

Pierwszy odprężenie poczuliśmy, kiedy zabraliśmy dziecko z tego przedszkola i pojechaliśmy na długie wakacje. Majówka na mazurach, wyjazd czerwcowy w góry, potem dwa tygodnie za granicą a na koniec pobyt nad polskim morzem. Byliśmy ze sobą, razem, w przynależności i w zaufaniu, że cokolwiek przed nami, to przeżyjemy to wszystko wspólnie. Cały czas towarzyszył mi jednak lęk, więc potrzebowałam dużo być ze sobą, łapać się na zamartwianiu i wracać do siebie.

W tym czasie los stawiał przede mną ludzi i przyjaciół, również ze środowiska coachingowego, którzy przypominali mi o zachowaniu uważnej obecności, kolekcjonowaniu faktów na temat problemów dziecka i oddzielaniu ich od emocji. Uczyłam się patrzeć na swoje dziecko jak na moje dziecko, a nie przez pryzmat jego niedociągnięć, trudności, deficytów. Widzieć dziecko, które chce mieć radochę z tego że żyje, że jest dzieckiem. A ja jestem jego matką, a nie terapeutką czy kierowcą.

Moje dziecko było dla mnie zagadką, a ja byłam w trakcie podróży w nieznane. Po drodze poznałam cały kalejdoskop metod, od coachingowych, przez terapeutyczne, po energetyczne i duchowe. Odkryłam wiele skarbów, np. jaki spokój daje samo zatrzymanie się w uważnej obecności, jak wiele odpowiedzi można uzyskać zapuszczając pytających oddech, no i przede wszystkim jaki porządek może zapanować w rodzinie, kiedy każdy zajmie właściwe sobie miejsce. I jak ten ‚porządek miłości’ utrzymać.

W tym czasie podjęłam się też największego zawodowego wyzwania, które ‘wisiało’ od lat – przeszłam dwuletnią szkołę dla trenerów empatycznej komunikacji – mierząc się ze sowimi trudnościami pracy w grupie i występowania publicznego. Najgorsze strachy za mną:)

I już już myślałam, że wrócę do swojej działalności po przeszło dwóch latach zawieszenia. Że odpalę dawną machinę, że ożywię relację z klientkami. Okazało się, że nie mam odzewu, że one są już gdzie indziej, czego innego potrzebują. I ja też jestem już gdzieś dalej na mojej drodze. Ani myślę pracować po nocach. Teraz mam inne priorytety, bliskie relacje z dziećmi i mężem, których nie chcę nadwyrężać. Już wiem, że nie potrzebuję sukcesów, żeby być szczęśliwą. Jak może udać mi się finansowo w tej rzeczywistości i z takim podejściem? Na rynku porobiło się wiele takich firm jak moja, w dodatku lepszych, bardziej sprawnych, działających z rozmachem. Rynek mnie wypluwa. To już koniec.

Zaczęło mi jednak coś świtać, a potem uporczywie wracało do mnie… Po drodze poznam nie znany mi wcześniej świat dzieci z diagnozami, ich zatroskanych rodziców, a także wspaniałych, ciepłych terapeutów. Zaobserwowałam jak ich praca, a raczej podejście jest ważne. Jak poprzez wiarę w dziecko przywracają nadzieję całej rodzinie. Zrodziło się we mnie nowe pragnienie, pragnienie towarzyszenia rodzinom w ich drodze, pod ich górę, po ich skarby. Do głębi góry i na wskroś niej. Chcę dzielić się swoimi metodami i obecnością z rodzicami, którzy są na to gotowi.

Opowiadam tą opowieść dla siebie samej – tak jakby ta opowieść chciała być spisana i zobaczona. Pisze ją także dla moich dzieci, które teraz mają 9 i 6 lat. Chcę, żeby przypomniały ją sobie, kiedy już mnie nie będzie, kiedy będą przechodziły w swoim życiu przez trudny okres, kiedy tak jak ja kiedyś, staną przed górą, której majestat zatyka. Pragnę, żeby to przesłanie zostało z nimi, i żeby pomogło im być bardziej ludźmi. Ludźmi słuchającymi swojego wewnętrznego głosu, odkrywającymi siebie podczas swoich życiowych podróży.

To przesłanie wysyłam także do świata, w szczególności do mam i ojców, którzy przeżywają swoje rodzicielstwo i mierzą się z trudnościami swoimi i swoich dzieci. Kiedy stoją oko w oko z Losem… Takim procesom chce towarzyszyć, przez takie procesy chcę przeprowadzać rodziców.

I na koniec. Czasami najodważniej jest przestać się wspinać pod górę, zatrzymać się i poddać się temu, co się dzieje. Rozpaść się na kawałki, dać staremu umrzeć, żeby po jakimś czasie móc powstać na nowo. Wyruszyć w nową podróż, ale odłożyć już na bok miecz i tarczę. Ruszyć piechotą. Rozejrzeć się dookoła i posłuchać o czym wieje wiatr. Zaufać, że to wszystko co nas po drodze spotyka dzieje się nie przeciwko nam, tylko właśnie dla nas.

PS. A jaka jest Twoja opowieść?

Facebook

Get the Facebook Likebox Slider Pro for WordPress